07. Impas


Naprzeciwko mnie usiadł – na pierwszy rzut oka – przystojny, czarnowłosy mężczyzna w garniturze i krawacie. Zmierzyłam go przelotnym, obojętnym spojrzeniem i odwróciłam wzrok. Wyglądał na nieskrępowanego, pewnego siebie i odrażająco bogatego. Bo tacy są ci dziani, dumni mężczyźni, prawda? Liczą się tylko pieniądze, dobra zabawa i piękne kobiety – szkoda, że na jedną noc.
I ja miałam nieszczęście należeć do tego grona.
- Zaprosiłaś mnie do tego baru, żeby milczeć? – spytał nagle mężczyzna. Zaskoczył mnie jego głos. Przypominał mi głos Verdasa, uznałam to za zmęczenie. Nie spałam od wielu godzin, wszystko mogło mi się wydawać. – Sądziłem, że porozmawiamy jak kulturalni ludzie. Tamtej nocy byłaś bardziej rozmowna, i chyba nawet wyglądałaś odrobinę lepiej.
Wytrzymał moje mordercze spojrzenie.
- Co miałam zrobić? – Uniosłam brew. – Prześladujesz mnie mailami, na które nie mam ochoty odpowiadać. Co mam zrobić, żebyś zostawił mnie w świętym spokoju?
- Umówić się ze mną – odparł, jakby to było banalne.
Wcale takie nie było.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Ci mężczyźni… zadziwiali mnie z każdym kolejnym dniem. Ledwo radziłam sobie z utrzymaniem Diego w stanie trzeźwości. Ledwo wytrzymywałam Paula i jego kobiece nastroje, troskę o mnie jak o małe dziecko.
Morał?
Nie trzeba mi kolejnego zmartwienia.
- Nie ma takiej opcji – burknęłam pod nosem, dokończyłam swój sok. – Nie przyszłam tu, żeby się z tobą umawiać. Nie zrozumieliśmy się. To była jedna, głupia noc, która już nigdy więcej się nie powtórzy. Jedyne czego chcę, to spokoju. Odpuść, zostaw mnie, znajdź sobie lepszy obiekt zainteresowań, bo ja nim nie będę.
Podeszła barmanka, zatrzymała się przy naszym stoliku z notesem, długopisem i rozmarzonym spojrzeniem skierowanym do – jak on właściwie ma na imię? Żebym ja to wiedziała, byłoby fajnie. W każdym razie stroiła do niego maślane oczy, i chyba się zacięła.
Error wyskoczył.
- Chcieliby państwo coś zamówić? – odezwała się, error chyba zniknął. System dalej działa. Jaka szkoda, mogłabym zrobić jej zdjęcie i wysłać szefowej, którą tak właściwie znałam.
- Ja dziękuję.
Nieznajomy wymienił ze mną, a potem z nią porozumiewawcze spojrzenie.
- Ja również – powiedział, więc niezbyt zadowolona kelnerka odeszła. – Zdałem sobie sprawę, że nie znam twojego imienia. Tak jak pisałem w kilku wiadomościach, chciałbym je poznać. – Wyciągnął do mnie dłoń. – Ryan Gale.
Uniosłam brew.
- Jeśli podam ci swoje imię, wyjdziesz stąd i zostawisz mnie w spokoju?
Nie liczyłam na takie rozwiązanie. To byłoby zbyt proste i cudowne, żeby miało miejsce.
- Nie liczyłbym na to.
- Nadzieja umiera ostatnia. Jestem Violetta Castillo.
- Violetta, piękne imię. – Uśmiechnął się cwaniacko, jakżeby inaczej.
Jedno wiedziałam dobrze.
Jego głos doprowadzał mnie do szału. Nie miałam pojęcia dlaczego tak kojarzy mi się z tamtym, ale po części, tak trochę, niszczył mój mózg. Oczywiście fizycznie trzymałam się bardzo dobrze. Nawet mi palce nie drgnęły. Psychicznie wysiadałam.
- Skończ – warknęłam ostrzegawczo. – Słuchaj, Ryan. Mam naprawdę dość facetów, jak na aktualne tysiąclecie, dlatego może zrobiłbyś nam obojgu przysługę i uczepił się kogoś innego? Wyobraź sobie, mam lepsze zajęcia na głowie, niż siedzenie tutaj i użeranie się z upartym facetem, którego nie mam pojęcia jak poznałam.
Opadł na oparcie sofy, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Moja za to wykrzywiała się w grymasie, przedstawiała znudzenie – bo właśnie tak się czułam. Znudzone, zażenowana, zmęczona. A on wciąż nie dawał za wygraną.
- Dlaczego jesteś taka uparta? – spytał po chwili. – Nikt nie powiedział, że jestem tacy jak wszyscy. A poza tym, jedno spotkanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Nie wiem jak źle myślisz o mężczyznach, ale jestem pewien, że potrafię zmienić twoje zdanie.
Nie mogłam go dłużej słuchać.
- Doprawdy? – zakpiłam. – Taki z ciebie cudotwórca?
- Sprawdź mnie i przekonaj się, księżniczko.
Przełknęłam ślinę.
Chyba mi niedobrze.
Chyba zwrócę ten jeden posiłek, który zjadłam przez ostatnie 24 godziny.
- Wszystkie kobiety tak prześladujesz? Lubisz być tym, który wykańcza psychicznie?
- Uuu.. Chyba trafiłem na gorsze dni, panno Castillo.
Skrzywiłam się.
- Uuu… lepiej się zamknij, zanim stracę cierpliwość. Słuchaj, mogę ci nawet zapłacić. Ile tyko chcesz, ale niestety nie wyglądasz mi na faceta, któremu przydadzą się moje pieniądze – powiedziałam.
Już chciał coś powiedzieć, przerwałam mu.
- I nie, nie umówię się z tobą w żadnej alternatywnej rzeczywistości. W tej również nie. Daj sobie spokój, Gale, tylko tracisz cenny czas na kogoś takiego jak ja.
Uśmiechnęłam się krzywo, wstałam i wyszłam. Na wychodne poczułam na sobie spojrzenie dzianego palanta. Po cholerę poszłam się wtedy upić z Hernandezem. Po cholerę były mi jakieś przygody, same problemy z tego wynikają. Nigdy więcej żadnej imprezy z Diegiem.
Za jakie grzechy ja tak cierpię.


Weszłam do środka bez pukania, tak jak zwykle to robię.
Przeszłam zaledwie kilka kroków, gdy zatrzymał mnie czyiś pisk. Zamknęłam oczy i zaciskając zęby powtarzałam sobie, że chyba ktoś sobie ze mnie kpi. Ten pisk wystrzępił moje nerwy do tego stopnia, że nawet po ustaniu dźwięku, wciąż coś dzwoniło mi w uszach – nienawidziłam tego z całego serca. Na nowo otwierając oczy uświadomiłam sobie, że zatrzymałam się wpół kroku, rozcięłam sobie palec kartką, którą trzymałam w dłoni, a mniej więcej trzy metry przede mną stoi jakaś laska w ręczniku. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to jej przerażona mina i czarne włosy, opadające jej na ramię.
Stałyśmy tak w bezruchu dobre kilkanaście sekund. Chyba tak jak ja, ona nie rozumiała co się właśnie stało. Niby to ja weszłam do tego domu bez pukania, ale to ona paradowała po nim w samym ręczniku. 
Coś jest nie halo.
- A ty to.. kto? – spytała pierwsza, cóż, wyprzedziła mnie z pytaniem.
Uniosłam wysoko brew.
- Powinnam spytać o to samo – odparłam. – Dobra, odpuszczę sobie złośliwość. Jestem przyjaciółką Diega, zastałam go w domu czy…?
Zdecydowanie nie wiedziałam co powiedzieć. Jeszcze kilka dni temu był przyszłym niedoszłym alkoholikiem, dzisiaj w jego domu kobieta. Coś nowego. Zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć, jak się zachować. Nie chciałam jej wystraszyć, bo ona to mnie raczej nie przestraszy.
- Jestem Francesca. – Podała mi dłoń. Podeszłam i uścisnęłam, tak wypadało zrobić. – Krew. Zacięłaś się kartką, jak tu weszłaś, prawda? – spytała. Kiwnęłam głową. – Francesca Cauviglia właściwie, stara znajoma Diega. Dokładniej: przyjaciółka z wcześniejszych lat. Przyjechałam do Chicago wczoraj i szukałam miejsca do przenocowania. Diego był na tyle uprzejmy i dał mi wolny pokój. Chodź do łazienki, trzeba to opatrzeć.
Rozbawiła mnie ostatnim zdaniem.
Zacięty palec to nic w porównaniu do bólu, który czułam po przecięciu skóry nożem. Raz zdarzyło mi się oberwać, gdy Michael chciał przejąć jakiś budynek w mieście. Nigdy nie zapomnę ilu przekleństw użył w ciągu minuty podczas szycia mojej rany. Nie była głęboka, blizna była, ale zanikła. Rana na brzuchu to nic przyjemnego, a zwłaszcza blizna na połowie brzucha.
- Daj spokój. – Zabrałam dłoń. – Ledwo widać przecięcie. Nic mi nie jest, to przez tą głupią kartkę.
Nie chciałam mówić, że przez nią. Nowa znajomość nie była taka zła, a Francesca wydawała się sympatyczna. Chociaż wszystko miało wyniknąć później. Nie ufałam ludziom, a ona mogła być seryjnym mordercą polującym na Hernandeza.
Moje zmysły wariowały.
- Przepraszam – stwierdziła śmiało. Uniosłam wzrok. – Przestraszyłaś się, bo zapiszczałam. Wybacz, ale Diego mówił, że nikogo się nie spodziewa i gdzieś pojechał. Rozumiesz, zawsze jest taki rozbiegany.
Rozumiałam to aż za dobrze.
- Tak, znam go już chwilę. A gdzie on właściwie pojechał?
- Do sklepu.
Cholera.
- Do jakiego sklepu? Wspominał coś?
Wiem, stałam się podejrzliwa. Jeszcze mu nie ufam.
- Po zakupy… - Otworzyły się drzwi za moimi plecami. – Oh, już jest.
- Violetta? – zdziwił się. Zamknął drzwi butem, bo w rękach miał worki z zakupami. Niech no ja tylko zobaczę tam jakiś alkohol, a głowę mu urwę. – Co ty tu robisz?
- Mi też miło cię widzieć – rzuciłam sarkastycznie.
Uśmiechnął się łagodnie.
- To ja pójdę się ubrać, dam wam chwilę. – Francesca poszła do swojego pokoju, odprowadziłam ją wzrokiem. Potem całą swoją uwagę poświeciłam przyjacielowi. Udał się do kuchni, gdy nie patrzyłam. Ostatnio kuchnia stała się miejscem naszych posiedzeń, nie przeszkadzało mi to, aczkolwiek w salonie było autentycznie wygodniej. Ruszyłam za nim, po czym usadziłam się na blacie kuchennym. Nawet na mnie nie spojrzał wypakowując zakupy z toreb.
- Wygląda na miłą – stwierdziłam.
- Jest miła – poprawił mnie od razu. Złapałam jego wzrok, oskarżycielski, ale jednak łagodny. Wyczułam, że się o nią troszczy, inaczej by jej nie przyjął pod własny dach. Zauważyłam to w oczach. Zawsze mówią tak wiele, więcej, niż człowiekowi mogłoby się wydawać. – Dlatego proszę, staraj się być przy niej i dla niej taka sama. Fran nie wie nic o mojej i twojej rzeczywistości. Chciałbym, żeby tak zostało. Nie musi wiedzieć o moim problemie, ani o twojej przeszłości.
- Za kogo ty mnie masz? – oburzyłam się. – Przecież nie biegam po twoim domu i nie wrzeszczę o wszystkim, co mogłoby cię pogrążyć. Ciesz się, że Francesca tu jest, przynajmniej masz powód, żeby trzymać się z dala od tego, czego nienawidzę – czego właściwie oboje powinniśmy nienawidzić, a jednak cię do tego ciągnie.
- Dlaczego uważasz, że Fran może mnie powstrzymać od tego?
- Zależy ci na niej.
Zamilknął.
Trafiłam w dziesiątkę.
- A jeżeli ci na niej zależy, nie podłożysz jej się zalany w trupa pod nogi, bo będzie ci zwyczajnie głupio. A poza tym nie sądzę, że ona chciałaby mieszkać z alkoholikiem, Diego – powiedziałam bez zawahania. Chciałam wjechać mu na ambicję. Chciałam sprawić, żeby poczuł się gorszy, przez to co robił, ponieważ to była droga do odkupienia. – Jak to się właściwie stało, że Francesca właśnie siedzi w jednym z twoich pokoi?
- Nie powiedziała ci? – Uniósł brew. – Myślałem, że spędziłyście ze sobą więcej czasu. Chociaż widząc wasze miny miałem mieszane uczucia.
- Wiem tyle, że wczoraj przyjechała do Chicago i potrzebowała noclegu, a z ciebie zrobiła pantofla. W sumie nieźle to sobie rozplanowała, nie sądzisz? – Diego rzucił mi wymowne spojrzenie. - Ale ja i tak zrobiłabym to lepiej.
Hernandez wywrócił oczami.
- Mów sobie co chcesz – stwierdził po chwili. – Fran tu zostanie ile tylko zechce, ale miło by było, gdybyś się z nią zaprzyjaźniła, jeśli jeszcze pamiętasz, co to znaczy.
Mój telefon zawibrował w kieszeni skórzanej kurtki. Wyciągnęłam go i spojrzałam na ekran, ale widząc imię Paul, od razu zrezygnowałam. Odrzuciłam połączenie, a telefon wylądował na blacie. Nie miałam najmniejszej ochoty zamieniać z ni nawet jednego zdania, dopóki nie zrozumie, że nie jestem małą dziewczyną i tylko ja decyduję, dla kogo się poświęcam i dlaczego.
- Kto to?
- Paul – rzuciłam obojętnie.
- Chcę wiedzieć?
- Nie sądzę.
- Okej.
Przycichłam na chwilę. Nie musiałam przecież opowiadać Diegowi o wszystkim, co dzieje się w moim życiu. On sam miał na głowie swoje problemy, teraz jeszcze Francescę – ja już dawno nauczyłam się radzić sobie ze wszystkim na własną rękę.
- Będę dla niej miła, jeśli tego chcesz. Postaram się nawet z nią zaprzyjaźnić, ale nic nie obiecuję. Stosunki z ludźmi nie są ostatnio moją dobrą stroną.
- Wiem, moją też nie.
Automatycznie przypomniał mi się Verdas.
Nie
Wyrzuć go z głowy
To toksyczne
- A propo, co to za koperta, z którą tu przyszłaś? – zagaił Hernandez, opierając się o blat naprzeciwko.
Siedziałam wprost przy oknie, gdzie nie było już szafek naściennych. Światło słoneczne lądowało wprost na białej kopercie, tak jak na mnie. Nieco raziło, ale wytrzymałam. Lubiłam światło dnia, a zawartość tej koperty miała być powodem do kolejnej kłótni z przyjacielem. Zanim ją chwyciłam, spojrzałam na nią bardzo uważnie. Odetchnęłam, zadając sobie jedno, ważne pytanie – czy ja naprawdę chcę się z nim znowu kłócić?
Nie
Zrobię to na spokojnie.
- List. – Uniosłam głowę, obróciłam w jego stronę. Nagle zrobiło mi się tak ciężko, opadła na mnie jak gwiazdy na szatę nocy, bezsilność. – Od Ludmiły i Federico – wyszeptałam, ale on usłyszał.
- Do ciebie?
Pokręciłam głową z dezaprobatą.
Patrzyłam mu prosto w oczy.
- Do nas obojga.
- Na pewno chcesz to czytać? – zapytał na wejściu, gdy chwyciłam kopertę w dłoń. Były na niej ślady krwi. Mojej krwi. Dobrze, że to nie łzy. – Może zaboleć.
I nagle przypomniałam sobie, że ostatnio nie powiedziałam mu o mailach od Ferro, ani o Nieznajomym Ryanie Gale. Kłóciliśmy się, nie miałam już chyba sił dalej ciągnąć rozmowy. Chyba wyszłam chwilę po tym, jak wylał alkohol do zlewu. Minął tydzień od tamtego wydarzenia, a pamiętałam to do tej pory jak niekończący się sen. Nawet w tej chwili potrafiłam wyobrazić sobie obok Hernandeza jego klona wylewającego whisky do pobliskiego zlewu.
Zamrugałam oczyma.
- Nie mówiłam ci, bo nie było jak i kiedy, ale ostatnio jak weszłam na pocztę, miała tam dwa maile od Ludmiły. – Oszczędziłam wzmianki o Nieznajomym. Wystarczy nam obojgu problemów. Miałam jedynie nadzieję, że Ryan da mi święty spokój i na tym się zakończy. – Były sprzed dwóch lat. Po pierwszym, drugi wysłała z odstępem kilku miesięcy. Kiedy Michael żył, nie chciałam w ogóle zaglądać na pocztę…
- Wiedziałaś, że możesz się tego spodziewać – dokończył za mnie, a ja przytaknęłam skinieniem głowy.
- Wtedy bolałoby zbyt mocno. Musiałam trwać w stanie obojętności tak długo, jak tylko mogłam i potrafiłam. Te maile od niej, zniszczyłyby tamtą mnie. Rozniosły w pył i proch. Bo czytając ten pierwszy – po prostu nie wytrzymałam psychicznie i polały się łzy.
Diego skrzyżował ręce na piersi. Westchnął ciężko.
- Myślisz, że to coś, co zaboli?
Wzruszyłam ramionami.
Chciało mi się śmiać.
- Nie wiem, Diego.
- Otwórz. Jakby co, to jestem przy Tobie. – Uśmiechnął się pocieszająco.
Wzięłam głęboki oddech i delikatnie otworzyłam kopertę.
Najpierw wyjęłam białą kartkę z wykaligrafowanym tekstem.
Czytałam na głos.

Droga Violetto,
To nie będzie list miłosny, pożegnalny, czy żałobny, bo teraz już na pewno wiem – Ty żyjesz. Nie wyobrażasz sobie, naprawdę uwierzyłam w Twoją śmierć, chociaż podświadomie wcale nie chciałam. Coś ciągle mi mówiło, gdzieś w sercu, że moja przyjaciółka wcale nie umarła. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że to Michael nie żyje.
Jesteś wolna, kochana! <3
Wiem też, że utrzymujesz kontakt z Diegiem, dlatego wysyłam to w jednej kopercie i tylko do Ciebie, chociaż dotyczy Was obojga. Jeśli znowu się pokłóciliście, a macie to w zwyczaju, to będzie dobry powód do odwiedzin. Uroczyście Wam oznajmiam, że za dwa tygodnie ja i Federico oficjalnie staniemy się małżeństwem. To będzie ślub, o jakim zawsze marzyłam i marzę do tej pory – nie będzie taki, jeżeli oboje się na nim nie zjawicie. Potrzebuję Was, żeby się spełniło.
Federico również Was potrzebuje.

Kocham Was mocno i pozdrawiam,
Proszę, nie zawiedźcie mnie.
Ludmiła x

- Ślub? – zdziwił się Diego, i to całkiem poważnie. – Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie tego i nie tak wcześnie. My nawet nie wiemy, gdzie oni właściwie są.
Spojrzałam na niego.
- Powinieneś się lepiej zastanowić, skąd oni wiedzą, że ja żyję – stwierdziłam na wpół przerażona, na wpół zdezorientowana. Nie tego się spodziewałam. – Chociaż chwila… przecież Leon utrzymuje z nimi kontakt, prawda?
- Z tego, co mi wiadomo, to wszyscy troje świetnie się dogadują. Musiał im powiedzieć.
Zajrzałam do środka koperty, wyciągnęłam dwa przepiękne zaproszenia w białym, złotym i czerwonym kolorze. Jedno dla mnie, drugie dla Hernandeza. Podałam mu je od razu, po czym otworzyłam swoje. Na prawej stronie: VIOLETTA CASTILLO WRAZ Z OSOBĄ TOWARZYSZĄCĄ. Podany czas i miejsce uroczystości, podpis Ferro.
Na lewej stronie napis: „Proszę, musisz przy mnie być w tym niezwykle ważnym dniu. Bardzo tęsknię, Twoja Ludmiła”.
I jak ja niby miałabym się nie zgodzić?
Lepsze pytanie: jak ja mam się tam pokazać po wszystkim, co im zrobiłam?
- I? Co zrobimy? – spytał mnie Diego, odkładając zaproszenie na bok. – Jesteś na tyle odważna, żeby pokazać się tym wszystkim ludziom, którzy myślą, że jesteś martwa, a twój grób jest w Nowym Jorku, który wszyscy opuściliśmy po napadzie Michaela?
Spiorunowałam go wzrokiem.
- A przez kogo tak myślą?
- Winny. – Unosi dłonie w geście kapitulacji.
- Lepiej spytaj, czy mam tyle odwagi, żeby znowu zawieść Ludmiłę i Federico. Nie było mnie przy tym, jak się jej oświadczył. Nie było mnie, kiedy potrzebowała kogoś przy boku – przyjaciółki. Pytanie tylko, jak bardzo spłonę w piekle, nie pokazując się na jej weselu?
- Na twoim miejscu rozważyłbym jednak pokazanie się na weselu. Ona cię potrzebuje, Violetta.
Westchnęłam głęboko, patrząc na notatkę po lewej stronie. 

4 komentarze:

  1. Ciekawe co zrobi teraz Violka.
    Cuudo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam cie ostatno i bardzoo podoba mi sie prowadzona historia ��czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń