30. Upadły świat.


Wdycham chłodne powietrze, otulając się czarną, skórzaną kurtką i patrzę w lustro ostatni raz.
Widzę w nim kobietę. Ale ona nie jest mną. Ma włosy dłuższe niż ostatnio, proste, brązowe i jaśniejsze przy końcach. Ma zapadnięte policzki, suche usta i wzrok pusty jak studnia bez dna. Kiedyś ta dziewczyna była kimś, kogo ludzie cenili i nie bała się wychodzić na ulicę. Kiedyś ona ceniła siebie, a teraz nienawidzi bardziej, niż cokolwiek na świecie.
Nienawidzę siebie, bo gdzieś tam w drodze straciłam siebie. Nie czuję się sobą. Czuję się jak ktoś, z kogo siłą wydarto duszę i puszczono ją wolno, podczas gdy ciało powoli umiera. Ja powoli umieram; z tęsknoty, bólu, bezradności i samotności. Nie mam siły się uśmiechać, wszystko traci barwy. Zamknę oczy i widzę czarno-szary świat, bez jasności. Przesyca go ciemność – wieczna noc. Kiedy otwieram oczy, czuję napierające łzy. Otwieram usta, by wziąć depresyjny, głęboki oddech i raz jeszcze spoglądam w swoje odbicie.
Jestem nikim.
Zniszczyli mnie.

Zasłużyłam na to. Jestem potworem potworem.
Przygryzam suchą, dolną wargę i chwytam za klamkę drzwi. Zimna. Wychodzę ze swojego mieszkania wiedząc, że jestem w nim ostatni raz i nigdy później nie wrócę. Nie oglądam się za siebie, bo nie mam sił. Za dużo tam wspomnień. Kluczyki wrzucam do pierwszego lepszego kontenera jaki znajduję i idę do samochodu.
Uciekaj.
Nie mogę uciec. To zbyt ryzykowne. Głowa mnie boli na samą myśl, co Michael mógłby zrobić Leonowi, jeśli nie wróciłabym do magazynu. Od kilku dni prześladują mnie obrazy jego cierpienia. Zastanawiam się, jak Leon trzyma się po moim odejściu, czy jest taki jak wcześniej. Czy za mną tęskni, czy żałuje, że pozwolił mi odejść. Kocham go najbardziej na świecie, a jeśli się kogoś kocha, trzeba pozwolić mu odejść i żyć szczęśliwie. Ze mną nigdy nie zaznałby szczęścia i spokoju, a na to właśnie zasługuje.
Nagle w samochodzie słychać muzykę. Dzwoni mi telefon. Wyciągam go z kieszeni skórzanej kurtki i patrzę na wyświetlacz. Przełykam głośno ślinę, czuję ból w sercu. Jest mi tak ciężko oddychać, ale uspokajam się i zmuszam, by odebrać.
Słyszę swój głos. Po raz pierwszy od dwóch dni coś mówię.
- Ludmiła.
Blondynka jest taka zdenerwowana. Czuję jej strach w słuchawce, wzdryga on całym moim ciałem. Tak bardzo za nią tęsknię.
- Violetta! – krzyczy, ale jej głos nie jest przesycony radością. – Dlaczego nie odbierasz telefonów? Tyle razy próbowałam się do ciebie dodzwonić. Co się dzieje?
Chciałabym Ci powiedzieć.
Chcę odpowiedzieć cokolwiek, ale czuję, że straciłam głos.
- Violu… - łka. – Gdzie jesteś? Co się z tobą dzieje? Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo się martwię i tęsknię. Federico jest przybity, jakby go ktoś uderzył i ciągle nie może się obudzić, a Leon… On nie może bez ciebie żyć. Jest jeszcze gorszy niż Federico – mówi zdesperowana.
Łamię się na pół.
Nie płacz.
Nie płacz.
Nie.
- Nie mogę wrócić – mówię wreszcie, a mój głos wcale nie przypomina mojego głosu. Jeden. Dwa. Piętnaście noży w sercu. – Przepraszam Ludmiła, kocham was, ale nie dzwoń więcej, błagam.
- Co? Ale jak to? Violetta, proszę, powiedz gdzie jesteś. Wszystko może być tak jak wcześniej, może być…
Marzę o tym.
- Nie może być tak jak wcześniej i nigdy nie będzie. Poradzicie sobie… kocham was.
Rozłączam się i rzucam telefon na siedzenie obok. Przeczesuję włosy dłońmi i czuję, jak tracę grunt pod nogami. Mój świat już nie istnieje. Załamał się razem ze mną. Na równiutkie połówki. Mój świat legł w gruzach i nigdy już nie będzie taki sam. Nadzieja to moje przekleństwo. Nie może być lepiej.
Muszę być silna.
Potrafię.


Wysiadam z auta i zamykam je kluczami, zanim wejdę do magazynu. Rozglądam się wokół z nadzieją, że nie widać śladów łez. Nie chcę, żeby myśleli, że jestem słaba. Paul stoi przed budynkiem, uśmiecha się do mnie pocieszająco, ale krzywo, jakby coś go bolało. Odwzajemniam słaby uśmiech, bo wydaje mi się, że oboje mamy swoje tragedie.
Podchodzę bliżej.
- Cześć.
- Cześć Violetta – odpowiada mężczyzna i otwiera mi drzwi do magazynu. Patrzę na nie z nieufnością, strachem. Wciąż przeraża mnie to miejsce i nie jestem pewna, czy kiedykolwiek się to zmieni. – Uważaj.
Odwracam się z impetem i patrzę pytająco na Paula. Ma niespokojny wzrok.
- Co się dzieje? – pytam od razu. Nie mam czasu na pieprzenie głupot. – Mój ojciec?
- Michael chce dzisiaj odwiedzić firmę Carlosa – wydusza z siebie szatyn. Marszczę brwi, czując, jak przepływa przeze mnie złość, włącznie z wzbierającą się bezradnością. – On chce zemsty na twoim wujku, Violetta. Nie powstrzymasz tego, choćbyś nie wiem jak bardzo chciała.
Zaciskam pięści.
- On od dawna to planował, a ja od dawna chciałam tego uniknąć – mówię. – Mam tylko nadzieję, że stać mnie na tyle przekonująca minę, by prosić o więcej czasu.   
Chcę wejść do środka, ale Paul odchrząkuje, więc patrzę na niego raz jeszcze. Jego twarz zdradza zmartwienie, współczucie, którym mnie obdarowuje spojrzeniem. Odwracam wzrok speszona. Trudniej mi się oddycha, kiedy wiem, że ludzie wokół czują do mnie tylko współczucie, bezradność. Jestem skazańcem, którego zmusza się do wiecznej pracy.
Jestem silna.
Nie potrzebuję współczucia.
- Przepraszam – odzywa się Paul. Słychać zdenerwowanie w jego głosie. Podnoszę wzrok i zaciskam usta w cienką linię. – Nie chciałem, żebyś czuła się gorzej. Ja po prostu…
Przerywam mu.
- Wiem. – Biorę głęboki oddech. Jestem mu wdzięczna, za wszystko co robi. Tkwimy w jednym bagnie, które nigdy się nie skończy. – Chcesz dobrze, ale ja nie chcę współczucia, Paul. Poradzę sobie ze zwariowanym ojcem. Ty radź sobie ze swoimi problemami, a będziemy kwita.
Posyłam mu coś na wygląd krzywego uśmiechu, który znika z mojej twarzy szybciej, niż się pojawia. Michael krzyczy coś, pewnie do Dryblasa, przesiąknięty radością. Niepokoi mnie to bardziej, niż jego zniszczona psychika. Bardziej, niż moja skończona wolność. Czuję jak kraty w mojej klatce zacieśniają się z dnia na dzień. Potrzebuję powietrza, którego już nigdy nie dostanę.
Czuję się wykończona psychicznie i fizycznie.
Otwieram zardzewiałe drzwi do magazynu i wchodzę. Paul kroczy zaraz ze mną, słyszę i czuję  jego obecność. Mój osobisty ochroniarz. Ktoś, kogo nie potrzebuję.
Mieszam się z tłem. Jestem ciemnością. Jestem mrokiem, otaczającym to miejsce od wewnątrz. Jestem duszą tego pieprzonego budynku. Jestem cieniem, którego nikt nigdy nie zobaczy; nikt nigdy nie dotknie. Boję się oddychać. Boję się żyć. Boję się otwierać oczy każdego ranka bez Leona.
Kocham go.
Jest moim powietrzem.
Moją wolnością.
Witamy w wariatkowie.
Wokół słyszę śmiechy.  Męskie głosy, przesycające moje uszy od środka. Strzępią moje nerwy. Sprawiają mi ból, którego nigdy nie czułam. Głosy jednak giną w ciemnościach. Widzę światło. Jasna żarówka oświetla stół bilardowy, nad którym pochylają się mężczyźni. Nagle nie chce im się śmiać? Zatrzymuję się co najmniej trzy metry od nich, biorę oddech i mierzę wzrokiem Michaela w czerni – jego ulubionym kolorze. Uśmiecha się perfidnie i założę się, że już wie jak wykorzystać cudowną córeczkę, która jest na każde jego pieprzone zawołanie.
- Violetta. – Nienawidzę, gdy wymawia moje imię.
W ustach Leona brzmiało to magicznie.
- Księżniczka wróciła do swojego królestwa – parska śmiechem Dryblas. Milknie dopiero, kiedy zabijam go wzrokiem, choć wiem, że wcale nie mnie się boi. Swojego szefa owszem.
- Chcesz zniszczyć Carlosa – oznajmiam bez ogródek. – Nie zamierzam w tym uczestniczyć… Rób co chcesz, zabijaj kogo chcesz. I tak nie zmienię tego, że jesteś pieprzonym psychikiem. Wolałabym jednak zachować resztki swojej godności, albo czegokolwiek, co pozwoliłeś mi zachować, i nie niszczyć życia jedynemu człowiekowi, który naprawdę troszczył się o moje życie.
Brakuje tylko odgłosu świerszcza.
Zaciskam zęby tak, że czuję, jakby zaraz miały zamienić się w pył. Jestem zbyt słaba, by udawać kogoś tak silnego, jak chcę mu pokazać. Stoję jednak prosto z uniesioną głową i włosami ocierającymi się o krańce moich policzków.
- Violetta, kochanie. – Chyba będę wymiotować. – Całym pięknem w mojej zemście jesteś ty. Nie ważne, co tam sobie o mnie myślisz.
- A myślę wiele – wcinam.
Michael odwraca się do Dryblasa i reszty swoich ludzi.
- Zbierajcie sprzęt do samochodu. Za chwilę jedziemy – mówi, lecz nikt nie reaguje. – No już, ruchy! Nie mam czasu do zmarnowania, a wy ociągacie się z robotą. Trochę szacunku.
Na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a tego bardzo brakuje mojemu wyrodnemu ojcu. W końcu mężczyźni jeden za drugim biorą drewniane pudła w ręce i dźwigają je do samochodu towarowego, postawionego zaraz za magazynem. Odprowadzam wzrokiem jednego z najmłodszych i Paula. Oni chyba najbardziej nienawidzą tej roboty. Współczuję im, choć sama czuję się źle, kiedy mnie obdarowuje się tym uczuciem. Wszyscy zaraz wracają po kolejne paczki. Ja wciąż stoję, jak zaklęta, i milczę. Nagle Michael nachyla się ku mnie i przeraźliwie uśmiecha. Gdyby można scharakteryzować uśmiech diabła, byłby to uśmiech mojego ojca.
- Słuchaj, Violetta. Nie jesteś tu po to, żeby urządzać sobie wakacje od roboty i tylko pilnować, żebym do końca nie zwariował, czego oczywiście też nie robisz, bo masz mnie daleko w dupie. Ale powiem ci jedno: nie obchodzą mnie twoje humorki – oznajmia, a mnie przeraża jego powaga. – Zrobisz to, czego ja chcę, albo pożegnasz się na zawsze ze swoimi ukochanymi ludźmi. Wszyscy takich mamy. Ty w szczególności. A kwintesencją tego jest fakt, że oni wszyscy są w jednym miejscu – tym, do którego musisz się udać.
Ludmiła w firmie Carlosa. Tracę oddech. Czuję, jak powietrze zagnieżdża się gdzieś na dnie moich płuc, zamyka się w szczelnej klatce i nie chce puścić. Brakuje mi myśli, by opisać swoje uczucie. Ten zabijający nacisk na moje serce. Zaciskam zęby. Teraz, żeby zabić wszystkich wystarczy, że Michael zniszczy ich miejsce pracy. Moją przeszłość.
- Dotarło do ciebie, co musisz zrobić? – pyta Michael. Przewierca mnie intensywnym spojrzeniem, że aż spuszczam wzrok. Widzę jak jego pracownicy przyglądają się upadłej córce potwora i nic nie mogą z tym zrobić. Będą za moimi plecami, kiedy całkiem upadnę. Zmieszam się z dnem. – Violetta.
Nie.
- Tak – cedzę przez zęby. – Mam ci pomóc zniszczyć Carlosa.
Atmosfera odrobinkę się rozluźnia. Moje ciało wręcz przeciwnie.
- Pójdziesz do swojej dawnej pracy, pani dyrektor.
Zaciskam dłonie.
Oddychaj.


Z nienawistną dumą przekraczam próg firmy Carlosa, kiedy Dryblas otwiera mi drzwi, patrząc na mnie jak na swoją królową, którą nigdy w życiu nie będę. Jest dumny, bo robię to, do czego mnie zmusza ojciec. Nie wie, za jaką cenę. Jestem pewna siebie, dopóki nie widzę tych wszystkich twarzy; oczu patrzących wprost na mnie i szukających wyjaśnienia.
Grace.
Diego.
Federico.
Ludmiła na miejscu Sophii.
I w końcu łamię się na pół. Równe połówki mojego ciała, mojej duszy rozpadają się i z hukiem uderzają o zimną podłogę. Jestem w tunelu, otacza mnie mrok. Widzę światło. Pociąg. Jedzie prosto na mnie i uderza z mocą, która zabija mnie, zanim zdążam wypuścić powietrze z płuc.
Leon.
Paul staje zaraz za mną, a obok niego Brian. Obaj mieli pilnować, bym nad sobą panowała i nie zrobiła niczego głupiego, choć wszyscy wiemy, że oni by mi pomogli. Mimo wszystko biorę głęboki oddech. Cisza ogłusza moje uszy, nerwy, serce. Widzę, że Leon stał się głównym dyrektorem firmy, co niezmiernie mnie cieszy, bo przynajmniej przez chwilę ci ludzie mieli dobrego szefa. Widzę, jak Ludmile w oczach stają łzy, a Federico otwiera usta ze zdziwienia.
Wyglądam, jak wcielenie zła. Jak córka swojego ojca. Demona we własnej skórze. Oblewa mnie czerń. Moje oczy są puste, i choć ich nie widzę, wiem to na pewno. Każdy oddech zadaje mi coraz większe trudności. Chcę przewrócić się uderzyć o własny mroczny świat i nigdy więcej nie otworzyć oczu. Jeśli kiedykolwiek na tym świecie istniało dobro, właśnie zaznałam smaku jego definitywnego końca.
- Violetta.
Zamykam oczy i zaciskam zęby.
Jego głos przebija się przez każdą pojedynczą barierę, które zdążyłam stworzyć wokół siebie. Jego głos pieści moje uszy, leczy je z wewnętrznej pustki, tęsknoty i wiecznego cierpienia. Sprawia, że mam ochotę rozpłakać się i raz jeszcze rozbić jak szklana kula upuszczona na beton. Na milion najmniejszych kawałeczków. Chcę skulić się i płakać, bo stać mnie na to.
Jednak jednej bariery nigdy nie złamie. Bariery, którą zbudował wokół mnie Michael. Tej, która chroni życie moich przyjaciół. Tej, która podpowiada mi: „Poddaj się, a zaznasz smaku śmierci”. Leon może złamać mnie. Wszystko wokół. Może złamać cały mój świat. Całą szaro-czarną rzeczywistość, w której żyję. Ale nigdy nie złamie tego zdania. Nigdy nie złamie mroku mojego ojca. Nigdy go nie pokona.
Musisz to zrobić.
Zrobię to.
- Nie przyszłam w odwiedziny – oznajmiam chłodno. Walczę ze sobą. – Jestem tu, bo jesteście w niebezpieczeństwie i ktoś musi wam powiedzieć, że musicie się stąd wynosić i nigdy tu nie wracać. – Podnoszę wzrok. – Wszyscy.
- To raczej nie będzie możliwe, niewychowana smarkulo. Przyszłaś i myślisz, ze możesz powiedzieć kilka słów, a potem zniszczyć nam wszystkim życia? – odzywa się Grace. Ta, której nigdy nie lubiłam. Ta, która prawdopodobnie miała romans z Carlosem. Patrzę na nią i duszę zdziwienie.
- Grace – warczy na nią Verdas.
Nie potrzebuję obrony.
- Zostaw ją – mówię do niego, po czym zwracam się do kobiety. – Nie obchodzi mnie twoje zdanie, Grace. Chcę rozmawiać z Carlosem.
Nagle wszyscy milkną. Tylko Grace postanawia zachować resztki swojej godności, a właściwie wściekłości i zaczyna na mnie wrzeszczeć:
- Ty suko… Uciekłaś, bo tak ci było najwygodniej i teraz wracasz, myśląc, że możesz nas wszystkich zniszczyć. Myślisz, ze ujdzie ci to na sucho? Myślisz, że kim ty jesteś?! – wrzeszczy, ale tym razem nikt jej nie ucisza. Ma w oczach łzy. – I jeszcze nie wiesz, że twój ukochany wujek nie może rozmawiać. Nigdy nie będzie mógł z tobą rozmawiać, bo umarł, a ty głupia zdziro nic o tym nie wiesz! Umarł przez ciebie!
Tracę grunt pod nogami.
Paul staje w mojej obronie:
- Jeśli w tej chwili się nie zamkniesz, paniusiu, to też nic więcej nie powiesz – mówi do niej twardo. – Dotarło, czy mam ci to przeliterować?! Siadaj i się nie odzywaj, bo gorzko pożałujesz…
Nic więcej nie słyszę. Dostrzegam tylko ludzi, którzy kiedyś byli moimi przyjaciółmi i ich przesiąknięte bólem twarze. Ludmiłę, która ledwie stoi na nogach, współczucie aż się z niej wylewa. Leon, jakby chciał mi wszystko wyjaśnić, ale nie ma pojęcia jak.
On nie żyje.
Carlos nie żyje, przeze mnie. A teraz ja niszczę wszystko, co po sobie pozostawił.
Czy można się bardziej złamać? Czy można bardziej żałować? Czy można być większym potworem? Carlos wychował potwora i teraz pewnie gnije za to w piekle. Za mnie. Bo we mnie wierzył. Bo on jeden  jeszcze przed swoją śmiercią chciał wszystko naprawić. Chciał mnie przed tym uchronić. Chciał mi tego oszczędzić, bo on jeden znał Michaela, a ja głupia pobiegłam prosto w ramiona demona.
On nie żyje, a ja nawet o tym nie wiedziałam.
Otwieram oczy i powstrzymuję łzy. Paul dalej coś warczy do Grace, świat się kołysze. Mój właśnie przestał istnieć. Niech ktoś da mi pistolet, bym mogła strzelić sobie w głowę.
- Paul. – Patrzę na kolegę i gestem proszę, by przestał. Kiwa głową.
- Dokończ to i idziemy. Michael nie będzie czekał, Violetto.
Raz jeszcze patrzę na pracowników Leona. Dziedzictwo Carlosa. Moją przeszłość. Moje zniszczone życie. Moją duszę w milionach kawałków, którą tu pozostawię, kiedy to miejsce spłonie w ogromnych płomieniach. Zostanę tu, wraz z Carlosem i naszymi błędami.
- Wynoście się stąd, bo nie macie tu czego szukać. – Biorę oddech. Patrzę na Leona. – To miejsce spłonie w ciągu tych dwudziestu czterech godzin. Wszystkie akta zostaną zniszczone. Jakby nigdy nie istniało. Zrobicie to, albo zostaniecie zabici tutaj, na miejscu.
Resztki mojego serca pożera mrok.
- To koniec. 
Jestem nikim.

|||*^*|||

Ostatni rozdział. 
Ehh... został mi do napisania jeszcze epilog. Ale już na szczęście wiem, jak będzie wyglądał i będzie to coś, co będę pisać pierwszy raz jako epilog. W sensie chodzi mi o sposób xD 
Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał, chociaż był bardzo dobijający. Fiolka nie jest sobą i już nigdy nie będzie - nie spodziewałam się takiego zakończenia opowiadania ;p 
Może Wam się nie spodobać to, jaka Fiolka jest w tym rozdziale, ale ja czuję, że dobrze to napisałam, bo właśnie tak chciałam to ująć. Jakby ona była kimś, kogo zniszczono, kto czuje się zniszczony i samotny. Jakby była kimś, komu siłą odebrano jej własne życie. 
Powiedzcie mi, czy Wam się to spodobało czy nie bardzo ;***
I dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem ♥

Do zobaczenia pod epilogiem ♥
Love Ya!

12 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Nie wierzę, że to już ostatni rozdział i będzie epilog.
      Jest mi smutno, ale na duchu podtrzymuje mnie fakt,że masz drugiego bloga i tam zaczętą równie zajebistą historie.

      Carlos nie żyje.
      Vils przekazała przyjaciołom złe wiadomości.
      Michael nigdy się nie zmieni.
      Dupek bez uczuć zostanie dupkiem bez uczuć.
      Grace pokazała pazurki.
      Vils musi udawać twardą, ale nie jest jej łatwo.
      Cuuuddooowny :* ❤

      Czekam na epilogos 😀
      Buziaczki :* ❤

      Maddy ❤

      Usuń
  2. Uwielbiam *.*
    Czekam na epilog któru zapowiad się intrygująco :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudny ♡♡♡
    Czekam na next'a :*

    OdpowiedzUsuń
  4. No Violka zmieniła się i załamała mam nadzieję że podniesie się z tego upadku no i że Leon jej w tym pomoże oby! Oni nie mogą tak skończyć kochają się!
    Ojciec Vilu to potwór i diabeł wcielony! Myśli tylko o sobie!
    Nie mogę doczekać się epilogu mam nadzieję że jakoś to się poukłada. ;)
    Buźka ;**

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialny :*
    Biedna Vilu :(
    Śmierć Carlosa....
    Michael mi brak słów na niego!
    Czekam na epilog z NIECIERPLIWOŚCIĄ! Mam nadzieję że go szybko dodasz! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Fantastyczny :**

    OdpowiedzUsuń
  7. Kocham kocham kocham :*
    Ciekawe jak to się wszystko skończy....
    Violetta chciała chronić najbliższych przed niebezpieczeństwem czy jej się to udało mmmm przekonamy się w epilogu...
    Mam nadzieje że V&L wszystko sobie wyjaśnią i będą razem proszę;)
    Do epilogu!

    OdpowiedzUsuń
  8. Kocham kocham :**

    OdpowiedzUsuń