Rozdział 25: Jedno słowo.


Po nocnej rozmowie z Ludmiłą zrozumiałam trzy rzeczy. Po pierwsze, nie mogę uciekać od tego co jest rzeczywiste, co i tak mnie dogoni. Po drugie... Kocham Leona i wiem, że powinnam dać szansę sobie i jemu, stworzyć coś, co możliwe że ma przed sobą cudowną przyszłość. Bo tak się przy nim czuję - cudownie. Po trzecie - muszę zacząć namawiać Federico na częstsze odwiedziny. Tequila którą wczoraj przytargał nam do domu była jedną z najlepszych jakie piłam. 
Wraz z przyjaciółką siedzimy grzecznie w swoim biurze i pracujemy przy laptopach. Mam wrażenie, że nie wysiedzę na tym fotelu dłużej, niż godzinę... Podświadomie wiem, że Leon i Diego są teraz w swoim gabinecie - poprawka; wiem to na pewno. Stukam nerwowo paznokciami o biurko, co szybko przyciąga uwagę zajętej, dotychczas Ferro. Spojrzała na wyświetlacz swojego iPhone i westchnęła ciężko. 
-Jesteśmy w pracy dopiero od dwóch godzin, a ty już nie możesz wysiedzieć? - dziwi się, unosząc brew. 
Przewracam oczami.
-To nie tak, że nie mogę wysiedzieć. Po prostu nie chcę. - rzucam, jak gdyby nigdy nic. 
-Mhmm... Na pewno. - sarkazm w jej głosie opanował całe to pomieszczenie. -Jeśli chcesz to idź do niego. - za te słowa zabijam ją wzrokiem. 
-Nie chcę tam iść. - syczę.
-Znów to robisz...
-Co robię? 
-Wypierasz się tego. - stwierdza, zawieszając wzrok na swoich paznokciach. 
-Niby czego...? 
Udawanie, że nie wiem o co jej chodzi, nie wychodzi mi zbyt dobrze. 
-Uczucia. - przewracam oczami. 
-Przesadzasz, Ludmiła. - zakładam nogę na nogę. 
-Violetta. - warczy blondynka. Niechętnie skupiam na niej całą uwagę. -Jeśli nie chcesz iść do Verdasa, a tak bardzo nie chcesz też siedzieć w miejscu... To bądź tak dobra i zrób mi kawę. 
Kręcę głową z dezaprobatą. 
-Przydaj się na coś, kobieto. Siedzisz tylko i marudzisz, a wiem, że obecność jednego wysokiego szatyna o zielonych oczach zdecydowanie pomogła by ci się ogarnąć. - wzdycha Ferro.
-Ani słowa. - wyrywam szybko. Blondynka uśmiecha się zwycięsko. -Skoro już się tak uparłaś, pójdę ci po tą kawę. - oznajmiam wstając z wygodnego fotela.
Poprawiam jasnoniebieską bluzkę i obdarowuję przyjaciółkę lisim spojrzeniem.
-Latte poproszę. - dopowiada, zanim wyjdę.
Zamykając ze sobą drzwi, zawieszam wzrok na swoich dłoniach, przez co stawiając pierwsze kroki na korytarzu wpadam na kogoś. Jak zawsze... Niezdarna Castillo - od urodzenia. W mojej głowie pojawia się jedna myśl "Oby to nie był Leon". Niechętnie unoszę wzrok na twarz mężczyzny  - bo zawsze musi to być mężczyzna... Wypuszczam z siebie całe powietrze, które zatrzymałam zderzając się z dobrze zbudowanym ciałem. Kamień spada mi z serca, gdy dostrzegam starszego Verdasa.
-Wszystko dobrze, Vilu? Wyglądałaś jakbyś ducha zobaczyła. - komentuje rozbawiony.
Kręcę głową, szturchając go lekko w ramie.
-Przestraszyłeś mnie.
-To ty nie patrzysz gdzie chodzisz. - upomina mnie, jakbym była dziesięcioletnim dzieckiem. Patrzę na niego z politowaniem.
-Oszczędź mi porad, które na nic mi się nie przydadzą... Wystarczająco dużo mam zmartwień na głowie. - mówię półgłosem, starając się wyminąć bruneta. Jednak ten szybko chwyta mnie za ramię.
-Wszystko w porządku? - pyta z troską, a w jego oczach widzę że się martwi.
Skinam głową, spuszczając nieco wzrok.
-Gdzie idziesz?
-Ludmiła twierdzi, że tylko siedzę i marudzę więc wysłała mnie po Latte. - rzucam lekko. -Dobrze wiesz, jaka ona jest... Widzi więcej rzeczy, niż powinna... - dopowiadam, wbijając wzrok w swoje białe koturny.
-Chodź. - ciągnie mnie za rękę z bladym uśmiechem na twarzy. Jestem trochę zdezorientowana i na początku sama nie wiem, czy chcę z nim iść. -Nie bój się... Potowarzyszę ci w kuchni.
Posłałam brunetowi delikatny nikły uśmiech, dotrzymując mu kroku.
Na szczęście w pomieszczeniu, do którego zmierzaliśmy nikogo nie było. Cieszy mnie to, a zarazem niepokoi - wiem, że Diego jako dobry przyjaciel zaraz zrobi ze mną wywiad na temat mojego nieokreślonego zachowania. Nieokreślonego... niezupełnie - to bardziej skomplikowane i nienormalne - zwykle jestem bardziej pewna siebie.
-Więc... O co chodzi? - pyta Verdas, siadając przy wyspie kuchennej, na krześle barowym.
Kuchnia firmowa jest nowoczesna, a kolory dominujące w niej to biel i czerń. Urządzona bardzo praktycznie, a przede wszystkim jest tu przestronnie co pozwala kilku pracownikom na raz się tu spotkać. Zwykle sekretarki lub asystentki robią kawy i herbaty - to profesjonalna firma - wystarczy, że naciśniesz jeden przycisk i przychodzi ktoś z obsługi - ale nie, Ludmiła musiała mnie wysłać po tą kawę.
Wzdycham ciężko, obracając się do niego plecami.
-Violetta. - do moich uszu dochodzi jego zdecydowany ton głosu. Nie wygram z nim.
Ustawiam w ekspresie odpowiednie opcje i obracam się na pięcie, spotykając przenikliwe spojrzenie przyjaciela.
-Powiedz mi o co chodzi. - mam wrażenie, jakby to był rozkaz.
-Nie rozumiem co masz na myśli.
-Dobrze wiesz, co mam na myśli, tylko nie chcesz się do tego przyznać. - oznajmia mi Verdas... jakby nie wiedziała. -Chodź tu i siadaj. - wskazuje na krzesło obok.
Niechętnie podchodzę do niego i siadam, opierając się łokciem o blat.
-Tłumacz się.
-Nie mam z czego, nic nie zrobiłam. - uśmiecham się blado.
-Jesteś pewna? Bo twoje zachowanie świadczy o czymś zupełnie innym. - mówi Diego, powtarzając mój ruch - opiera się o blat wyspy kuchennej.
-Myślę, że jedno słowo ci wszystko wytłumaczy. - wypuszczam powietrze z płuc. Zerkam na jego twarz... Czeka na wyjaśnienie.
Słyszę jak ekspres do kawy kończy przygotowywać picie dla Ludmiły. Spuszczam wzrok.
-Leon. - spoglądam bratu szatyna w oczy i widzę wyraźne zmartwienie.
-Coś ci zrobił? - pyta.
Kręcę przecząco głową, wstając by podejść po Latte blondynki. Po krótkim zastanowieniu postanawiam również sobie przygotować kawę - chyba jej potrzebuję.
-Skoro nic ci nie zrobił... - mówi jakby sam do siebie. -Co się dzieje, Violetta?
-Znasz mnie, Diego, dobrze wiesz... Że na ogół jestem rozsądnym człowiekiem. Jestem pewna siebie, kapryśna, czasami egoistyczna i władcza... - patrzę na niego, z nadzieją że zrozumie przekaz.
-Racja, ale teraz nie widzę tej pewnej siebie Violetty... Dlaczego?
-Przez twojego brata. - mówię krótko, krzyżując ręce na piersi.
-Chyba nie rozumiem.
Przewracam oczami.
-Inaczej. - stwierdzam, kosztując gotowej już kawy z ekspresu. -Jak się czułeś, kiedy uświadomiłeś sobie, że kochasz Fran?
-Byłem trochę... - nagle przerywa. -Zaraz... Ty czujesz coś do mojego brata? - pyta już ciszej, wiedząc, że jeśli tu rozmawia się o takich rzeczach, nigdy nie można być spokojnym.
Wzruszam ramionami.
-Na pewno nie wiem, ale myślę, że tak...
-To wspaniale. - cieszy się brunet. -Będzie co świętować.
Przechylam nieco głowę, przymrużając lekko oczy.
-Nie kracz. - karcę go. -A poza tym, nie świętowaliśmy jeszcze twojego i Fran związku.
-Na to przyjdzie pora.
-No i na tamto też. - oznajmuję, zatapiając usta w gorącej kawie. -Chodźmy. Ludmiła się wkurzy jak jej przyniosę zimną kawę. - dopowiadam wychodząc powoli z kuchni. Krótką chwilę później Diego dotrzymuje mi kroku.
-Nic mu nie mów. - proszę, gdy zatrzymujemy się przed moim gabinetem. -Powiedziałam ci, bo ci ufam... Nie spieprz tego.
Słyszę jego cichy, gardłowy śmiech.
-Możesz być spokojna. - zapewnia, uśmiechając się ciepło.
-Wspaniale, w takim razie otwórz mi drzwi bo mam zajęte ręce. - syczę, a Verdas szybko wykonuje polecenie.
-No i wraca stara Violetta. - rzuca energicznie, machając przelotnie blondynce, która po chwili odwzajemnia gest. Brunet znika za drzwiami.
-Wreszcie jesteś... Myślałam, że nie doczekam się tej kawy. - przyznaje blondynka. -Co robiłaś z Diego?
-Rozmawialiśmy.



Jest już późno, wszyscy pracownicy wyszli jakieś dwadzieścia minut temu, a ja wciąż ślęczę przy tym cholernym laptopie. Okazało się, że miałam dziś więcej pracy niż normalnie, a to przez jakieś nowe inwestycje. Czasami mam wrażenie, że wszystko wali mi się na głowę w najmniej odpowiednim momencie.
Podpieram podbródek na złożonych wysoko dłoniach, wzdychając ciężko. Zerkam na wyświetlacz swojego iPhone'a... Dochodzi dwudziesta pierwsza trzydzieści. Odkładając go na miejsce słyszę jakiś huk w korytarzu - kto do cholery jeszcze pracuje?
Wstaję szybko z fotela i wychodzę ze swojego gabinetu. Powodem huku, który słyszałam był Verdas - młodszy Verdas. Jak na złość... Stoję nieruchomo i opieram się o drzwi, patrząc jak zbiera dokumenty, które najwidoczniej mu wypadły. Mogłabym mu pomóc, ale w sumie wolę postać i poobserwować. Widzę go dziś pierwszy raz. Nie pchałam się do ich gabinetu, a z Diegiem i tak rozmawiałam.
Mina Leona jest bezcenna, gdy podnosi się na równe nogi i zauważa mnie przed sobą. Wzdycha cicho, nie odrywając wzroku od moich oczu. Spostrzegam, że chce ruszyć do swojego gabinetu.
-Leon. - wyrywam szybko. Zatrzymuje się i patrzy na mnie niespokojnie. -Możemy porozmawiać?
Niepewnie wykonuję dwa kroki w jego stronę. Obserwuje mnie, jak zahipnotyzowany. W odpowiedzi skina głową i otwiera mi drzwi do swojego królestwa. Dlaczego zawsze w tym pomieszczeniu odbywają się najważniejsze rozmowy? Nieśmiało przekraczam próg jego biura.
Szatyn zamyka za sobą drzwi i przemieszcza się w kierunku biurka, na którym zostawia plik dokumentów.
-O czym chciałaś porozmawiać? - pyta, zawieszając wzrok na mojej osobie. -Znowu mi powiesz, że potrzebujesz czasu?
-Nie. - kręcę głową, zbliżając się do niego. -Przemyślałam to wszystko. Rozmawiałam z Ludmiłą, która właściwie uświadomiła mi... Co jest ważne i co powinnam zrobić. - swoją wypowiedź kończę, stając z nim twarzą w twarz.
Patrzę w jego szmaragdowe oczy, w których kryje się miłość, tęsknota, cień bólu i strach... - tak, Leon Verdas się boi. Nigdy nie sądziłam, że dojdzie do momentu, gdy zobaczę jak on boi się, że mnie straci.
-Co masz na myśli?
-Słyszę to pytanie już któryś raz dzisiaj, co zaczyna się robić irytujące. - uśmiecham się blado, a szatyn odwzajemnia ten gest.
-Powiedz mi... - zerkam na jego usta, a zaraz po tym zawieszam wzrok na jego oczach. -Co do mnie czujesz?
Leon zdecydowanie nie spodziewał się tego pytania, a właściwie prośby.
-Violetta... - otula swoim czułym spojrzeniem moją twarz. Jedną ręką przesuwa kosmyk moich włosów za ucho, jego dotyk czuję nawet jak zabiera dłoń. -Zakochałem się w tobie... Tęsknię za tobą każdego dnia. Jesteś pierwszą myślą o poranku i ostatnią, w nocy. Sprawiasz, że jestem szczęśliwy... I kiedy jesteś ze mną, mam wrażenie, że trzymam w ramionach cały mój świat... Kocham cię.
Każde jedno słowo, które wypowiedział uderzało we mnie z niesamowitą siłą i miłością, którą mnie obdarzał... Którą ja darzyłam również jego. Na mojej twarzy zakwitł piękny uśmiech, skierowany do niego.
-Ja też cię kocham, Leon. - szepczę.
Czuję jak szatyn umieszcza swoje ręce na mojej talii i przybliża się powoli, skupiając wzrok na moich zaróżowionych ustach. Krótką chwilę później łączy nasze wargi w namiętnym pocałunku. Poddaję mu się cała, czując jak przesuwa swoje dłonie po moich plecach i przyciąga mnie bliżej, stykając nasze ciała ze sobą. W odpowiedzi oplatam jego szyję rękami, wsuwając jedną w nich w jego ułożone włosy. Verdas całuje mnie z nieopisaną namiętnością, miłością i tęsknotą - którą oboje odczuwaliśmy tego dnia.
Teraz wiem na pewno, czego chcę... Czego pragnę - Leona Verdasa, człowieka... Który pokazał mi, ze można inaczej, że można być szczęśliwym nie zwracając uwagi na konsekwencje. Kocham go i czuję, że za nic w świecie nie chcę stracić.
Odrywamy się od siebie dopiero w momencie, gdy obojgu zaczyna brakować powietrza. Opieram się o jego czoło, słysząc nierównomierny oddech. Uśmiecham się, kiedy wreszcie czuję się bezgranicznie szczęśliwa.
-Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo mi brakowało twoich ust. - mówi po chwili, wciąż obejmując mnie ramionami.
Śmieję się cicho.
-Odwieziesz mnie do domu? - pytam grzecznie, spoglądając w jego szmaragdowe tęczówki. Po brzegi wypełnione szczęściem i miłością.
-Miałem nadzieję, że skoro już przeszliśmy do takich rzeczy to spędzisz tę noc u mnie.
Kręcę głową z dezaprobatą.
-Nie dziś. - rzucam cicho. -Odwiedziesz mnie?
-Z przyjemnością. - odpowiada, składając na moich ustach krótki, czuły pocałunek.



Parkując przed domem zauważam samochód Federico, uśmiecham się pod nosem. Leon stwierdził, że chętnie spędzi trochę czasu ze swoim przyjacielem i z przyjemnością oderwie go od jego dziewczyny. Zgodziłam się.
Przekraczając próg drzwi wejściowych, wraz z Leonem zauważamy całującą się parę przed łukiem ściennym, prowadzącym do salonu. Zerkam na Verdasa - spodziewał się tego widoku.
-Ekhm. - Federico odrywa się od Ludmiły wyraźnie zdezorientowany. No cóż, też bym się wkurzyła, jakby mi ktoś przerwał w takiej chwili.
-Leon? Violetta? - dziwi się Ludmiła, odskakując szybko od swojego chłopaka.
Odkładam swoją torebkę na komodę przy drzwiach, po czym wracam do szatyna, który wodzi za mną wzrokiem.
-Spodziewaliście się Diega i Francesci? - pytam sarkastycznie, podczas gdy Leon obejmuje mnie w talii. Spotykam się z jego uroczym uśmiechem.
-Chwila moment... Czy wy... - zaczyna Włoch, a ja już dobrze wiem co powie.
-...jesteście razem? - niestety zamiast mnie, przerywa mu blondynka.
Zerkam na szatyna, właściwie nie powiedzieliśmy sobie, czy jesteśmy razem. Verdas przechyla się nieco w moją stronę.
-Chciałabyś? - szepcze mi we włosy, przyciągając mnie nieco do siebie.
Patrzę mu w oczy, ze słodkim uśmiechem na twarzy.
-Ekhm! - Ferro zdecydowanie się niecierpliwi. Niechętnie spoglądam na przyjaciółkę.
-Tak. Jesteśmy razem.
-Wspaniale! Idę po alkohol. - no i tyle było z Federico w tym pomieszczeniu.
-A ja idę po szklanki i coś do jedzenia.
W momencie, gdy Ludmiła przekroczyła próg kuchni przeniosłam swój wzrok na właściwie już mojego chłopaka. 
-Chciałbyś zostać na noc? - pytam wesoło. -Fede na pewno zostaje, jak wczoraj... - mężczyzna przewraca teatralnie oczami.
-No nie wiem... - szturcham go delikatnie.
Gdy mam zamiar odejść chwyta mnie za nadgarstek, przyciąga gwałtownie i wpija się w moje usta. Momentalnie kładę dłoń na jego policzku.
-Zostanę. - mruczy mi do ucha po oderwaniu.
-Jesteś niemożliwy. - stwierdzam. 
-Wiem to.

Od autorki: Numer dwadzieścia pięć - obecny :) Coś szybko zleciały te wszystkie rozdziały i... ten... no wiecie, zastanawiam się nad rozpoczęciem nowej historii. Oczywiście po zakończeniu aktualnej. Ta wydała mi się bardzo nudna i "oklepana" chyba wszyscy wiedzą, o co mi chodzi :) Następna, zapewniam.. Będzie o wiele lepsza. Tutaj dodam jeszcze kilka rozdziałów i pewnego dnia, zawita epilog. Będzie to miało miejsce już pewnie po rozpoczęciu roku szkolnego - zostało masakrycznie mało czasu do końca wakacji ;c A ja nie chcę do szkoły... ;c Wolę spać do południa, pisać dla was (chociaż ostatnio skutecznie tego unikam, bo mam napisane dużo na zapas), i wciągać się w ciekawe książki <3 Właśnie skończyłam czytać już drugą z dwóch które wczoraj wypożyczyłam. Wiecie, każda kolejna podaje mi coraz więcej pomysłów na historie (szkoda, że to głównie Fantazy) ale chyba też lubicie czarownice ;d Ale się rozpisałam.... Kończę, pozdrawiam, Hope <3

5 komentarzy:

  1. Cudo, uwielbiam to opowiadanie

    OdpowiedzUsuń
  2. Ugh, szkoda, że zaczynam od 25 rozdziału.
    Ale aww, jaki słodki rozdział <33
    Ja swoją leonettę rozwaliłam skutecznie na kawałeczki (i to jeszcze w jak słabym stylu xDD) więc fajnie poczytać takie coś jak u ciebie ♥
    Dziękuję za twój kom, bardzo mnie zmotywował <3
    Też nie chcę szkoły ;c
    Co do rozdziału to nie wiem, co więcej napisać.
    Jest świetny, po prostu <3
    Nie jestem wkręcona, ale co tam, jest fajnie <3
    Cudownie piszesz, serio. Mi się spodobało ^^
    Oby tak dalej. ;*
    Pozdrawiam, Naty ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Cześć i czołem kluski z rosołem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leonetta nareszcie razem! Yupi!
      Kocham to opo <3 <3 <3
      Fede z Lu się zdziwili! Hahaha!
      Vils zawsze musi na kogoś wpadać... To już powoli robi się tradycją :-D
      Nie wiem co napisać :-/
      ________________________________
      #TeamLeonetta
      #LeonettaForever
      ________________________________
      Buziaki :*
      Dużo weny :-)

      Usuń