Rozdział 22: Zakazany owoc.


          Po długich namowach Francesci i Ludmiły zgodziłam się wziąć udział w przyjęciu organizowanym przez Vincenta i Veronicę Verdasów. To piękne - uczucie którym się darzą przez dwadzieścia dobrych lat i wciąż kochają się tak, jak na początku. Najgorsze jest to, że mam się tam zjawić z ich młodszym synem - Leonem. Dlaczego akurat on?! 
          No dobra, rozumiem fakt, że Diego jest już zajęty, ale sama mogłabym wybrać sobie partnera. 
          Przyjęcie, ku mojemu zdziwieniu rozpocznie się w terenie - wszystko będzie dziać się na świeżym powietrzy, pod światłem nocnych gwiazd - podobno Verdasowie specjalnie zamówili lokację, by móc świętować. Chciałabym już to zobaczyć, jak to będzie wyglądać. 
          Na tą okazję, decyduję się założyć czarną, lekko obcisłą, krótką sukienkę - która idealnie podkreślała moją sylwetkę. Kupiłam ją jakiś czas temu, lecz nigdy nie było dobrej okazji, by ją założyć. Dziś jest i postanawiam to wykorzystać. 
          Rozpuszczone, wyprostowane włosy sięgają za łopatki. 
          Mocniejszy makijaż, podkreślający moje czekoladowe oczy i biżuteria - zakładam na rękę srebrną bransoletkę, idealnie pasującą do całej kreacji. 
          Ostatnie, co muszę zrobić, to ubrać odpowiednie buty. Szpilki od Christiana Louboutina są perfekcyjnym dopełnieniem. Przeglądam się w lustrze - b o s k o.
          Nagle drzwi się otwierają, a do środka wpada gotowa już Ludmiła. Ma na sobie jasnoniebieską rozkloszowaną sukienkę przed kolano, wysokie szpilki - kupiła w tym samym sklepie. Włosy rozpuszczone, zakręcone w piękne loki, mocny makijaż i srebro na szyi. Ferro prezentuje się idealnie - jak zwykle z resztą. 
-Vilu, chciałam... - patrzy na mnie i od razu ucina zdanie. -Verdas będzie cały twój. - zabijam ją wzrokiem.
-Ty również wyglądasz bosko. - uśmiecham się słodko. -Co chciałaś? 
-Zapytać czy jesteś gotowa, ale chyba sobie podaruję. 
-Dobry pomysł. - przyznaję, nanosząc ostatnie poprawki na strój. Blondynka obserwuje mnie i podejrzanie się uśmiecha. Zerkam na nią kątem oka. -O czym myślisz? 
-Sprawimy, że zapomną o reszcie świata. - mruczy pod nosem. To jest ta Ludmiła, którą znam i kocham całym sercem. 
-A żebyś wiedziała. - potwierdzam, zabierając swoją kopertówkę z komody. 
      Rozglądam się po całym pomieszczeniu, upewniając się, że niczego nie zapomniałam. 
-Federico już na nas czeka. -słyszę, gdy schodzimy po schodach. -Leon przyjedzie? - zerkam na zegar, wiszący na ścianie. 
      Piętnaście po dwudziestej, idealnie.
-Czeka przed wejściem. 
      W momencie gdy przekraczamy próg naszej willi zauważam chłopaka Ferro, który w garniturze stoi jak słup przed samochodem. Chyba go zatkało. 
      Ludmiła zamknęła drzwi na klucz, który później schowała na terenie ogrodu. Zgrabnym krokiem podeszłyśmy do oszołomionego Włocha. 
-Witam, Federico. - zwracam się grzecznie do przyjaciela. Ten mruga kilka razy - chyba wrócił do świata żywych. 
-Wyglądacie cudownie. - Ugh. Usłyszę to dzisiaj jeszcze ze sto razy, ale miło z jego strony. 
-Dziękujemy. - blondynka całuje go w policzek. -Jedziemy? 
-Tak. 



          Dziesięć minut później jesteśmy na miejscu. Pasquarelli postawił samochód przed wejściem na teren przyjęcia - klucze potem zabrał szofer, który ma przepakować samochód na należne miejsce. 
          Verdas nie zawalił, czekał na nas pełen niecierpliwości - widziałam to. 
          W momencie gdy mężczyzna otworzył drzwi samochodu wysiadłam powoli, zwracając na siebie całą uwagę bruneta. Kiery wreszcie się wyprostowałam skinęłam głową do szatyna, który otwierał mi drzwi. Zlustrował mnie wzrokiem, a na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. Zapomnij koleś. - pomyślałam. 
          Nim się obejrzałam Leon Verdas - ubrany w czarny garnitur, z tym swoim łobuzerskim uśmiechem i szmaragdowymi oczami stał przede mną i czekał, aż poświęcę mu odrobinę uwagi. 
-Nieziemsko. - nie byłam pewna, czy mam to uznać za komplement, ale powiedzmy, że tak. 
      Odpowiedziałam półuśmiechem. 
-Dziękuję. Ty również dobrze wyglądasz. - w tym garniturze wydał się nagle strasznie seksowny... Violetta nie myśl o tym! - krzyczy moja podświadomość. 
-Komplement z ust Violetty Castillo, niespotykane. - słyszę głos przyjaciela. 
      Oboje odwracamy wzrok w miejsce, z którego dochodziła uwaga - skierowana w moją stronę. Pasquarelli stał grzecznie, a obok niego moja kochana przyjaciółka trzymająca go pod rękę. Nie dało się przeoczyć lisiego spojrzenia blondynki. 
-Federico Pasquarelli i moja przyjaciółka - razem. Niespotykane. - odgryzam się. 
      Ferro zerka kątem oka na swojego chłopaka, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy. 
-Idziemy? - wyrywa zgaszony Włoch. 
      Verdas wystawia rękę - w stylu w jakim zrobił to jego przyjaciel - po chwili ujmuję ją. On natomiast chwyta i przekłada przez swoją. 
      Przekraczając bramy przyjęcia w oczy rzuca mi się ogromny parkiet pod baldachimem, bar z alkoholami, duży bufet dla gości i stoły, nakryte białymi obrusami przy których siedzą starsi goście. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik - jak zawsze, jeśli chodzi o państwo Verdas. 
      Leon przeprowadza mnie przez tłum ludzi, którzy mierzą nas wzrokiem z podziwem wymalowanym na twarzy. Chwilę później dostrzegam Francescę i Diega u boku Ludmiły i Federico - cudownie. Zgrabnym krokiem przemieszczam się po marmurowym chodniku u boku syna Veronici.
-Violetta, wyglądacie razem... - Caviglii zapiera dech w piersiach. Jak miło. 
-Dobry wieczór, panno Castillo. - wita mnie Diego, kłaniając się nisko - co wprowadza pozostałych w cichy chichot. 
-Ahh... Witam panie Verdas, jak samopoczucie? - odgryzam się na jego wygłupy. Jego młodszy brat wciąż pilnuje, bym nie odeszła. Przyjaciele przenoszą wzrok na starszego brata.
-Wyśmienicie. - odpowiada entuzjastycznie szatyn. -Cóż to za kreacja? Wygląda panna co najmniej interesująco, wierzę, że mój brat godziwie to wykorzysta. 
      Leon śmieje się pod nosem, spuszczając na chwilę wzrok. 
-Diego, nie wygłupiaj się. - prosi Francesca.
-Dobrze skarbie, przepraszam. 
-Zatańczymy? - wyrywa Federico, patrząc na blondynkę lubieżnym wzrokiem. 
      Ludmiła skina głową i oboje odchodzą. Identycznie postępuje kolejna znana nam para. 
-Mogę prosić? - słyszę pomruk Leona. 
-Oczywiście. - odpowiadam pewna siebie. 
      Verdas prowadzi mnie na parkiet, który otacza wolna muzyka. Gdy trafiamy na wolne miejsce - którego jest tu aż nadto, bo praktycznie nikt nie tańczy - odsuwamy się od siebie nieco, po czym brunet łapie mnie delikatnie za dłoń i przyciąga do swojego ciała, kładąc dłoń na mojej talii. 
-Skąd u ciebie ta nagła zmiana? - pyta po chwili. 
-Ludmiła i Fran. - rzucam. -A poza tym, to ważne dla twoich rodziców. 
-To prawda, bardzo ważne. 
-Ale spokojnie... - mruczę mu do ucha. -Kiedy to się skończy, wróci brutalna rzeczywistość. 
-Domyślam się. - odpowiada cicho Verdas. 
      W pewnym momencie brunet obraca mnie i wypuszcza ze swoich ramion - przejmuję kontrolę. Kładąc jedną dłoń na jego klatce piersiowej obchodzę go wokół, przejeżdżając palcami po czarnym garniturze. 
      Leon zauważając moje zagrywki chwyta mnie mocno za dłoń, którą trzymałam na jego ciele i gwałtownie do siebie przyciąga - zwracamy na siebie uwagę gości poza parkietem, przez takie wygłupy. Znaczy, nie można nazwać tego w zupełności wygłupami - to coś w stylu zaprezentowania swoich możliwości, które i tak każdy już zna. 
      Zerkam na Ludmiłę. Blondynka szybko to zauważa i z dumnym uśmiechem skina głową - na znak, że chyba czas się zabawić. 
      Patrzę na swojego partnera - jest pochłonięty moją obecnością.
      Taniec - indywidualny styl wyrażania ucz i samego siebie. Kocham ten sport, z resztą chyba jak wszyscy. Poruszam ciałem w rytm muzyki, dając ponieść się chwili - która w końcu nie zdarza się tak często. Jedną nogą zahaczam o nogę Verdasa, a drugą po chwili unoszę ku gwieździstemu niebu - nie obyło się bez oklasków ze strony gości. To nie pierwszy raz, gdy pokazujemy swoje możliwości taneczne - każdy wie, że stać mnie na wiele. Leon jest co najmniej pod wrażeniem. Patrzy na mnie lubieżnym wzrokiem i wciąż chyba nie wierzy, że zgodziłam się mu towarzyszyć. 
-Zadziwiasz wszystkich wokół. - słyszę jego ściszony głos przy uchu. 
      Na mojej twarzy maluje się zwycięski uśmiech. 
-Wiem. 



-Violetto, Leonie. - zaczepia nas matka mojego partnera. 
      Spoglądam na nią. Ubrana jest w bladoróżową długą suknię, w której prezentuje się co najmniej pięknie. Włosy upięła w elegancki kok. 
-Witaj, mamo. - brunet całuje ją w policzek. -Gdzie ojciec? 
-Rozmawia ze znajomymi, a ja odeszłam, gdy zauważyłam, że opuszczacie parkiet. - Veronica zaszczyciła mnie spojrzeniem pełnym dumy. -Byliście niesamowici. 
-Dziękujemy. - mruczę w odpowiedzi. 
-Mam wielką nadzieję, że będę miała zaszczyt zobaczyć was razem również na kolejnych przyjęciach, bo dajecie mi powód do dumy - obydwoje. - to chyba trochę za wiele, jak na dzisiejszy wieczór. Poczułam dziwne ukłucie w okolicach serca - przecież ja i Leon... Nie potrafię przebywać z nim z własnej woli i udawać że możemy się przyjaźnić, bo nie możemy. 
-Miłej zabawy i gratuluję, pani Verdas. - mówię półgłosem. 
-Dziękuję Violetto. - uśmiecha się. -Zmykajcie do przyjaciół. 
      Leon wystawia rękę, przekładam przez nią swoją lewą rękę i udajemy się do Diega i Fran, którzy stali z lampkami wina w ręku przed parkietem. 
      Włoszka uśmiecha się uroczo, widząc, że się zbliżamy. 
-Gdzie jest Ludmiła? - pytam rozglądając się za blondynką. 
-Chyba pojechała do was z Federico. - odpowiada Diego, tłumiąc chichot. 
      Zerkam na Verdasa, jemu też jest trochę do śmiechu. 
-No to Viola, chyba nie zaśniesz dzisiejszej nocy. 
-Wprost cudownie. - rzucam sarkastycznie, chwytając w dłoń lampkę białego wina - akurat kelner przechodził. 
-Już po dwudziestej trzeciej. - oznajmia Leon, patrząc na czarny zegarek umiejscowiony na jego nadgarstku. 
-Już? To my lecimy. - stwierdził jego starszy brat, chwytając moją przyjaciółkę za rękę. -Miłej zabawy. 
      Minutę później już ich nie było. 



          Po chwili Leon postanowił, ze my również zwijamy się z imprezy - zaczęło się robić nudno bez naszych przyjaciół. Jako że on nic nie pił - a ja tak, to on prowadził. Przymknęłam oczy w czasie drogi. Ciągłe wymuszanie uśmiechu i udawanie, że nigdy się nie pokłóciliśmy bardzo męczy. 
          W momencie, kiedy się zatrzymaliśmy otworzyłam oczy, ale z tego co zauważyłam to nie jesteśmy w moim garażu. O co tu chodzi? Zerknęłam na Verdasa, który właśnie wyciągał kluczyki ze stacyjki. 
-Gdzie mnie zabrałeś? - pytam rozpinając pasy. Brunet patrzy na mnie przez chwilę. 
-Jesteśmy u mnie. 
      Co? Jak to u niego?! Jakim prawem zabrał mnie do siebie? 
-Dlaczego nie odwiozłeś mnie do domu? 
-Przecież jesteś w domu, tylko że moim. - uśmiecha się szeroko. No mi nie jest do śmiechu. 
-To nie jest zabawne. - syczę. -Odwieź mnie do domu. - wychodzimy z samochodu. 
-Jutro rano, jestem zmęczony. - stwierdza, odkładając kluczyki na ich należyte miejsce. 
      Nie ma mowy, nie ruszę się z tego miejsca. Verdas zauważając, że nie mam zamiaru się ruszyć podchodzi do mnie szybkim krokiem. 
-Chodź. - ponagla. 
-Nigdzie stąd nie pójdę, dopóki nie odwieziesz mnie do domu. - przewraca oczami. 
-Jesteś niemożliwa. - wzdycha, po czym jednym ruchem bierze mnie za ręce. 
      Czy on już całkiem zwariował? 
-Leon, puść mnie! - krzyczę przez śmiech. 
      Zielonooki przenosi mnie przed drzwi i dopiero, gdy znajdujemy się w wielkim holu jego domu - który w środku wygląda niesamowicie - stawia mnie na nogach. W momencie gdy dotykam podłoża rozglądam się po jego królestwie. 
-Widzisz? Nie było tak źle. - lustruję go wzrokiem. Brunet znika za łukiem ściennym - podążam za nim. 
-Wciąż chcę, żebyś odwiózł mnie do domu. - oznajmiam siadając na blacie w kuchni - gdzie się znajdujemy. 
      Verdas przeszywa mnie lubieżnym spojrzeniem. 
-Jutro. - rzuca szorstko, nalewając do szklanki pomarańczowy sok - dopiero wyciągnięty z lodówki. 
-Co się tak uparłeś? 
      Podchodzi do mnie - siedząc na tym blacie jestem odrobinkę wyższa. Całkiem miłe uczucie. Patrzy mi w oczy, a na jego ustach maluje się łobuzerski uśmiech - ten, który lubię najbardziej. Przygryzam lekko wargę, czując jak tempo bicia mojego serca powoli przyspiesza. 
-Słodko się denerwujesz. - kolejny komplement, który słyszę dziś z jego ust - imponujące. 
-Odsuń się, chciałabym wejść z tego blatu. - mówię, lecz brunet nie reaguje - na początku. 
      Chwilę później chwyta mnie za biodra i jednym ruchem stawia mnie na nogach. 
      Nasze twarze nagle dzieliło niemal dwa centymetry. Cholera, muszę stąd iść. 
-Wezmę prysznic. - rzucam twardo i wychodzę z tego pomieszczenia najszybciej jak umiem. 



          Wychodząc z łazienki - niestety w tej samej sukience, z mokrymi jeszcze włosami - spotykam się z pożądliwym spojrzeniem Verdasa. 
      Czekał na mnie - no jasne. 
      Wzdycham cicho, zbliżając się do niego zgrabnym krokiem. Stoi z założonymi rękami i obserwuje każdy mój najmniejszy ruch. 
-Skończyłaś? - pyta, spoglądając na moje mokre jeszcze włosy. 
-Owszem. Gdzie mam spać? 
-Słuchaj, Violetta... - spuszcza wzrok, lecz zaraz ponownie wbija go we mnie. -Nie chcę się z tobą kłócić przez całe życie. 
-Ja też nie. - kładę niepewnie dłoń na jego policzku. -Ale my nie potrafimy być przyjaciółmi. To jest niewykonalne. 
-Nie musimy być przyjaciółmi. - sugeruje. 
-Co? 
       Nie dane było powiedzieć mi nic więcej - Verdas połączył nasze usta w pocałunku, który z każdą sekundą był coraz bardziej zachłanny i namiętny. Cholera! Chciałam tego uniknąć. Chcę go odepchnąć, ale nie potrafię. Pod wpływem jego obecności czuję, że słabnę - już nie jestem tą pewną siebie, silną Castillo. Działa na mnie jak magnez. Dlatego zamiast go odepchnąć umieściłam dłoń na jego szyi, dając mu do zrozumienia, że chcę więcej. Ja wiem, to chore - ale tak bardzo go teraz pragnę, że to nie do pomyślenia. Verdas to pierwszy facet, który tak dobrze całuje - a całowałam się już z wieloma mężczyznami. 
      Chwilę później oplątał mnie ramionami w talii i podniósł do góry - wciąż nie odrywając się od moich ust. 
      Zakazany owoc smakuje najlepiej - przeszło mi przez myśl.

Od autorki: Numer dwadzieścia dwa - obecny :) Dlaczego tak późno? Byłam zajęta po południu, a wieczorem ogarniałam... Inne rzeczy. Teraz właśnie skończyłam pisać rozdział na tym blogu. Jestem już trochę na przodzie - bo pisałam dwudziesty siódmy :) Mimo tego, że było zadziwiająco mało komentarzy, publikuję ten rozdział. Aaa... I rada na przyszłość - nie zajmujcie miejsc, jeśli nie wracacie :> Pocałunek Leonetty <3 Doczekaliście się. Ale to nie znaczy, że teraz wszystko będzie pięknie i kolorowo przez długi czas. to chyba tyle, pozdrawiam i do następnego ;) Hope.

7 komentarzy:

  1. Cudowny ⌒.⌒
    [wybacz teraz na niż więcej mnie nie stać]

    Sydney ❤

    OdpowiedzUsuń
  2. Boski wspaniały cudowny nie mogę się doczekać next :)

    OdpowiedzUsuń